Go to content Go to menu

Woda wodzie nierówna

poniedziałek, luty 15, 2010

      Oprócz klasycznie dostępnych od dłuższego czasu przeróżnych napojów gazowanych i niegazowanych, od 2 czy 3 lat możemy wybrać coś nowego - tzw.wody smakowe. Możnaby się spodziewać, że powinna to być zwykła (źródlana lub mineralna) woda wzbogacona jakimiś substancjami nadającymi jej określone walory smakowe. Osobiście początkowo produkt odebrałem jako coś pośredniego pomiędzy nie dla każdego smakującą zwykłą wodą, a popularnym napojem typu “Fanta” czy “Hoop”. Z definicji oczekiwałem produktu, który pozwoli zachować smak smacznych napojów, a jednocześnie nie będzie tak naszpikowany chemicznymi dodatkami obecnymi w tych produktach. Jak się jednak okazało po bliższym spojrzeniu na skład chemiczny produktów, rzeczywistość nie jest taka różowa…

      Oczywiście, brak koloru wód smakowych w jakimiś stopniu ograniczyło ilość chemii (barwników), ale wiele paskudztw nadal jest dodawanych. Nawet, jeśli dumne hasła reklamowe sugerują nam, że produkt to tylko woda z dodatkiem naturalnego soku, to gratis dostajemy benzoesan sodu jako konserwant czy szkodliwy aspartam jako słodzik (nota bene chyba już lepiej, żeby dodawano zwykły cukier, niż tą substancję). Jakby tego było mało jak na wodę smakową, niektórzy producenci dodają kolejne słodziki, np. acesulfam oraz parę innych substancji, nierzadko ukrywanymi pod wszystkim chyba znanym symbolem E-… . To sprawia, że wód smakowych nie możemy traktować jak zwykłych wód z dodatkiem jedynie soku…

      Jeśli ktoś nie wierzy, proponuję wziąć np. taką wodę smakową “Arctic”, która jest nasączona chemią jak dobra kasza skwarkami, i przeczytać co w niej jest rozpuszczone. Można odnieść wrażenie, że chemii jest więcej niż samej wody… tak samo “Jurajska”. Na drugiej stronie szali jest “Veroni Mineral”, która - jeśli wierzyć opisom - chemii nie ma wcale. Ale to rodzynek wśród wód smakowych… A tak często wybierana woda “Żywiec”? Nie jest źle, ale ideał to też nie jest. Dlatego, drodzy Czytelnicy, warto czasami zerknąć na tył butelki, bo jak się okazuje - niby i to i to woda, ale jakże inna…


      Praca, dla niektórych hobby, dla niektórych przekleństwo. Któż jednak nie zna porannych męczarni, kiedy po nocnej libacji tudzież zwykłym nocnym markowaniu, powieki rano ważą tonę, a jedynym naszym pragnieniem jest przewrócenie się na drugi bok i ponowne oddanie się w objęcia Morfeusza. Teoretycznie wyprostowanie sylwetki ludzkiej uwolniło dwie kończyny, które mogły podjąć czynności dodatkowej pracy, tworzenia rzeczy całkiem nowych, ale jednocześnie spowodowało, że na ludzi spadły klątwy zmęczenia oraz chronicznego niewyspania. Nasza twórcza zdolność stała się naszym przekleństwem, a niedoskonały proces darwinowskiej ewolucji uczynił z nas niewolników własnej pracy, swego rodzaju odmieńców wśród fauny na Ziemi.

      Jak się głębiej nad tym zagadnieniem zastanowić, wyprostowanie sylwetki ludzkiej nie było pomyślane w celu lepszego przystosowania człowieka do pracy, wręcz odwrotnie! Uwolniona para rąk nie miała służyć pracy, ale błogiemu lenistwu. Dlaczego? Sprawa jest dość oczywista. Otóż Bóg, tworząc ludzi, nadał im sylwetkę wyprostowaną i z tym założeniem mieli oni oddawać się przyjemnościom w raju. W momencie zjedzenia zakazanego owocu, Bóg zesłał na nich karę - odtąd mieli się ubierać i pracować. Czy ktoś słyszał o zmianach, które w budowie ciała człowieka Bóg wprowadził po swojej surowej decyzji, kiedy to wygnał ludzi z raju? Odpowiedź może być tylko jedna - nie, żadnej przebudowy ludzkiego organizmu nie było, ponieważ praca miała być karą, a nie nagrodą.

      Wniosek końcowy jest oczywisty i może być tylko jeden - budowa ciała człowieka nie została stworzona do pracy, ba, jest wręcz nieprzystosowana do tego. Naturalna ewolucja także nie wyprowadziła nas z tej pułapki. Nie martwcie się więc, że skoro nie chce się Wam się chodzić do pracy, to jesteście leniwi - wszystko jest w jak najlepszym porządku!